W ostatnich dniach Internet (i co ciekawe, ulice miast) żyły jednym wydarzeniem. Aż w końcu spełnił się ten gorszy, choć tak naprawdę jedyny prawdopodobny scenariusz – ambasada RP w Japonii, z upoważnienia Prezesa Rady Ministrów Donalda Tuska, podpisała umowę ACTA. Co to oznacza w praktyce i czego możemy się spodziewać w najbliższym czasie?Tak naprawdę, niczego, bo Aby ACTA zaczęła funkcjonować,
potrzebna jest na to zgoda Parlamentu Europejskiego. Niektóre państwa Unii (np. Niemcy czy Estonia) nadal nie podpisały dokumentu. Jeśli kraje członkowskie będą jednomyślne i ustawa uzyska aprobatę parlamentarzystów, czeka ją proces ratyfikacji. Później kolejnych, ostatecznych potwierdzeń i tak zapewne minie dłuższy czas bieżącego roku. Co ciekawe, niektóre punkty są niezgodne z Kartą Praw Podstawowych UE, a kilka państw nawet w pełni jej nie honorują.
Treść umowy ACTA wzbudziła wiele kontrowersji, lecz ostatecznie została przyjęta przez Polskę.Sprawa wywołała ogromne kontrowersje w Polsce, czyli w kraju, w którym de facto ustawy o zbliżonym charakterze funkcjonują od pewnego czasu. Zastanawiająca i na pewno będąca sporym zaskoczeniem dla niektórych była
mobilizacja, jaka ogarnęła internautów. We wszystkich większych miastach młodzieżówki kilku partii i organizacje związane z branżą przygotowały liczne przemarsze, odczyty, protesty.
Chęć wprowadzenie w życie ustaleń z ACTA wywołała ogromne protesty społeczne społeczne, szczególnie wśród ludzi młodych.Protesty, które można oceniać dwojako. Z jednej strony pokazały, że młodzi Polacy potrafią wyjść z domu i zamanifestować; pytanie, na ile wiedzieli przeciwko czemu protestują i ile jest realnej walki w antyrządowych hasłach. Rząd dal wyraźny znak, że nie liczy się z głosem nie tylko młodych ludzi, ale także kilku znaczących witryn i organizacji. Przy okazji
skompromitował się na polu zabezpieczenia swoich najważniejszych stron. Jedno jest jasne, oficjalnie podpisaliśmy chęć podporządkowania się ACTA. Kiedy i w jaki sposób tego doświadczymy? Tego jeszcze nie wiadomo.